Przejdź do głównej zawartości

Najlepszy prezent na Święta

Opowiadanie, które za chwilę przeczytacie napisałam w 2009 roku. Jest stare, jednak bardzo lubię do niego wracać. Ma coś w sobie i jeśli kiedyś miałabym wydać antologię ze starymi tekstami, ten z pewnością by się w niej pojawił.
To opowiadanie powstało szybko - usiadłam przy kompie, wiedząc tylko tyle, że chcę napisać tekst związany ze Świętami. I że mój Mikołaj nie będzie stronił od alkoholu. Nie miałam pojęcia co z tego wyjdzie. Napisałam to opowiadanie w jeden dzień. Teraz już nie mam takiego tempa...
"Najlepszy prezent na Święta" został opublikowany pierwotnie w magazynie Esensja. Można go przeczytać pod TYM LINKIEM. Ja jednak chciałabym, aby pojawił się też tutaj, w moim kawałku internetu. Zapraszam wszystkich do czytania i zarazem życzę Wesołych Świąt.

Autorem ilustracji jest Łukasz Matuszek
______________________
  
Nigdy więcej. Nigdy więcej nie tknę wódki, postanowił Mikołaj, otworzywszy oczy. Miał wrażenie, że ktoś położył jego głowę na kowadle i rąbnął wielkim młotem. W dodatku gardło rozpaczliwie domagało się kilka łyków czegoś bezalkoholowego, więc zwlókł się z łóżka i ruszył na poszukiwania.
Skierował się ku kuchni, jednak szybko zmienił zdanie. To było królestwo żony, a nie chciał jej teraz spotkać. Uszami wyobraźni słyszał zrzędzenie („Znowu piłeś! Jak możesz, przecież idą święta!”) przechodzące w czarnowidztwo („Pewnego roku tak się schlejesz, że zapomnisz o obowiązkach, a to już będzie koniec!”), a potem awanturę. Z biegiem lat Pani Mikołajowa robiła się coraz bardziej irytująca, dlatego coraz częściej tłukł ją rózgami dla niegrzecznych dzieci.
Drapiąc się po tyłku, wyszedł na podwórze. Światło słoneczne, odbijające się od śnieżnej bieli, oślepiło go, a głowa zapulsowała boleśnie. Przez chwilę czekał, aż wzrok przyzwyczai się do wszechobecnej jasności, w końcu chwiejnie ruszył w stronę studni, obojętnie odpowiadając na pozdrowienia mijających go elfów.
Dawniej było inaczej, pomyślał, podchodząc do studni. Dawniej więcej dzieci wierzyło. Skrzynki były pełne listów, fabryka pracowała do późnej nocy, prezenty nie mieściły się w magazynie. I pomocnych elfów było więcej, a każdy miał pełne ręce roboty. Mikołaj przeczuwał, że pewnego roku nie dostanie żadnego listu, fabryka nie rozpocznie pracy, magazyn zaświeci przygnębiającą pustką. Sanie pozostaną w garażu, zakurzone, zapomniane i już nigdy nie wzbiją się w powietrze. Renifery będą coraz starsze i starsze, aż w końcu zdechną. On sam, nie mając już żadnych obowiązków, po prostu się zapije. Święta pozostaną, ludzie sami sobie sprawią prezenty.
Wyciągnął pełne wiadro i napił się. Lodowata woda aż zapiekła w zęby, lecz nie przejął się tym. Pił, dopóki pragnienie nie ustąpiło.
Nie miał ochoty wracać do domu. Mógł napatoczyć się na żonę, a to było ostatnie, czego chciał. Nawet gdyby nie zrzędziła, nie oszczędziłaby pogardliwego spojrzenia.


Ruszył w stronę stajni. Śnieg skrzypiał pod stopami, na odsłoniętych ramionach pojawiła się gęsia skórka, jednak nie zwracał na to uwagi. Otworzył drewniane wrota i wszedł do środka.
Wnętrze tonęło w ostrym czerwonym blasku. Rudolf siedział na sianie i pociągał z butelki, a jego nos świecił niczym neonowa lampa. Mikołaj wiedział, że przed świętami renifer pije najwięcej, a nos świeci najjaśniej. Zresztą w tym okresie sam przynosił mu najmocniejszą ruską wódkę. W czasie drogi Rudolf też będzie pił – nos nie może zgasnąć nawet na chwilę. Mikołaj wiele razy zastanawiał się, czy nie zaopatrzyć się w nowe sanie ze zwykłymi lampami, a Rudolfa wysłać na zasłużoną emeryturę. Jednak ile razy wspominał o tym, ten patrzył tak smutno, że serce się krajało. Poza tym zawsze przed świętami renifer ożywiał się, a na myśl o wyprawie cieszył się jak dziecko. Mikołaj czasem mu zazdrościł.
– Cześć, Mikołaju! – powiedział wesoło renifer. – Kacyk dręczy?
Mikołaj burknął coś pod nosem i usiadł obok. Pokręcił głową, gdy renifer chciał podać mu butelkę.
– A tak… Święta coraz bliżej, zapewne masz sporo roboty – odparł Rudolf i wziął potężny łyk wódki. – Ale napić się możesz. Jak mawiają starożytni: czym się strułeś, tym się lecz, he, he!
– Dobrze ci mówić. Ty nigdy nie miałeś kaca.
– A pewnie! I nigdy nie będę miał! Fajnie, co? – umilkł, widząc mordercze spojrzenie. – Dobra, dobra… A powiedz, Pani Mikołajowa cię widziała?
– Bo ja wiem… Może w nocy, jak wróciłem, ale teraz to jej nie lazłem w oczy – odparł wymijająco.
– I bardzo dobrze! – stwierdził renifer, zionąc smrodem przetrawionego alkoholu i oślepiając Mikołaja czerwonym blaskiem nosa. – Pamiętam, jak kiedyś popiliśmy i potem się goły tarzałeś w śniegu. Pani Mikołajowa z trudem cię zaciągnęła do domu, a potem jak tu nie wpadnie! Jak krzyczeć nie zacznie! A straszyć, a grozić, że wyrzuci na zbity pysk! Tak się przestraszyłem, jakbym co najmniej diabła zobaczył. Nie pokazuj jej się dzisiaj, dla swojego i mojego dobra. Ale dobra, powiedz, jak tam przygotowania do świąt? Sanie już gotowe?
– Jeszcze nie. Powiem ci, jak będą.
– Aleś ty dzisiaj mrukliwy! Ja tu czekam i czekam na ten jedyny dzień w roku, kiedy w powietrzu poszybuję, drogę oświetlę, a ty nawet informacji skąpisz! W ogóle od jakiegoś czasu jakiś taki dziwny się zrobiłeś… Przecież święta idą!
A owszem idą, pomyślał Mikołaj. I nie ma się z czego cieszyć…
Drzwi stajni otworzyły się z hukiem, jakby kto taranem w nie walnął, a w progu stanął zdyszany elf.
– Mikołaju, jak dobrze, że cię widzę! List przyszedł, list do ciebie! – powiedział to tak, jakby oznajmiał, że właśnie znalazł skarb.
– Do mnie, pewnie, że do mnie. Jeszcze listy przychodzą… – burknął Mikołaj.
– Ale musisz go przeczytać!
– Dobrze, dobrze. Połóż na biurku w moim gabinecie, zobaczę później.
– Teraz, Mikołaju! – krzyknął elf, tupiąc nogą. Zaraz jednak przypomniał sobie, z kim rozmawia. Chrząknął zmieszany: – To znaczy… Ja… To trzeba przeczytać teraz.
– Dobrze – mruknął Mikołaj, uważnie przyglądając się elfowi. Trzeba go zapamiętać. Jak poczuje się lepiej, pomyśli nad karą dla niego. Do pracodawcy trzeba odnosić się z szacunkiem. Z drugiej strony w tym liście musi być naprawdę coś ważnego, skoro elf z Działu Pocztowego tak zareagował. Ciekawe co… Ktoś sobie zażyczył gwiazdki z nieba? A może jakiś małoletni terrorysta przysłał pogróżki, bo w zeszłym roku zamiast roweru dostał jo-jo?
– Daj mi go.
Elf podszedł niepewnie, wyciągając zmiętą kartkę w kratkę. Zapewne wyrwana z zeszytu od matematyki, pomyślał mimowolnie Mikołaj, biorąc list do ręki. Początek pewnie będzie standardowy: „Kochany Mikołaju, w tym roku byłam/byłem grzeczna/grzeczny”, blablabla. Kiedyś, gdy jeszcze chciało mu się czytać listy, zauważył, że każdy zaczynał się spisem tegorocznych zasług i dobrych uczynków, a potem mniej lub bardziej wymyślnych prezentów.
Gdy zaczął czytać, przekonał się, że ten list jest inny niż wszystkie. Nie tylko dlatego, że brakowało w nim zapewnień o grzeczności i wyliczanki upragnionych zabawek. Dziesięcioletnia autorka listu pragnęła tylko jednego, a nawet owo pragnienie uzasadniła. I właśnie to uzasadnienie sprawiło, że krew ścinała się w żyłach, a włosy stawały dęba.
Mikołaj przestał się dziwić reakcji elfa. Sam zachowałby się tak samo.
Odłożył kartkę i podniósł głowę, napotykając przepełnione grozą spojrzenie renifera. Chciał coś powiedzieć, ale nie wiedział co. W głowie kłębiło się tyle myśli, jednak żadna nie chciała dać się złapać i ubrać w słowa.
– Kurwa – wyręczył go Rudolf.
• • •
Święta zbliżały się wielkimi krokami. Elfy, skończywszy produkcję zabawek, wpadły teraz w szał pakowania. Gdy skończą i załadują to wszystko na sanie, akurat będzie noc wigilijna i wybije pora podróży. Wszyscy znali swoje zadania. Prezenty ładowano do wielkiego worka, czyszczono sanie, robiono przegląd wehikułów i odśnieżano pas startowy. Renifery, czując, co się dzieje, robiły się coraz bardziej niespokojne, a Rudolf nie rozstawał się już z flaszką. Pani Mikołajowa chwilowo zakopała małżeński topór wojenny i zajęła się pieczeniem pierników, a Mikołaj całymi dniami siedział w pracowni. Tylko tak mógł się uwolnić od upierdliwości Rudolfa, który ciągle pytał, co postanowił w sprawie tej dziewczynki.
Teraz też siedział w pracowni, pykając fajkę i bezmyślnie gapiąc się w okno. Na zimowym bezchmurnym niebie jasno połyskiwały gwiazdy. Lubił się im przyglądać – to mu dawało odprężenie. Niestety, tym razem nie mógł zrelaksować się nawet na chwilę – myślami wciąż wracał do czytanego listu.
Przeniósł spojrzenie na szufladę biurka i otworzył ją. W środku leżała mała paczka, owinięta srebrnym papierem. Uśmiechnął się i wepchnąwszy zawiniątko do kieszeni, wstał.
Chwilę później maszerował ulicami wioski, nucąc pod nosem. Chciał jak najszybciej znaleźć się w łóżku. Jutro będzie ciężki dzień ostatnich przygotowań, a potem – w drogę! Mijał świątecznie przystrojone domy, doszedł do głównego placu, na środku którego pyszniła się olbrzymia choinka, i wtedy drogę zastąpił mu Rudolf. Przez chwilę Mikołaj miał wrażenie, że wyrósł spod ziemi. Jak zwykle dzierżył w racicy flaszkę, a nos świecił jaśniej niż wszystkie choinkowe lampki razem wzięte.
– No co tam? Jutro ruszamy, nie? – spytał.
Mikołaj nie odpowiedział. Chciał wyminąć renifera i po prostu pójść do domu, ale ten nie dawał za wygraną.
– Wiesz już, co dasz tej dziewczynce? – spytał. – Słuchaj, Mikołaju… To poważna sprawa, ona w ciebie wierzy. Musisz jej pomóc!
– Dobra, dobra. Dziecko napisało list, zdradziło, czego chce, i to dostanie – mówiąc to, znowu spróbował wyminąć renifera.
– Czekaj, czekaj! Ale co dostanie? Pamiętasz ty w ogóle, co tam było, czy kac całkiem cię zamroczył? Ona pisała, że boi się ojca, właściwie nic dziwnego, bo z listu wynika, że straszny z niego potwór. Prosiła, żeby odszedł na dobre, żeby ich nie dręczył i… Ale ty go chyba nie zabijesz? – spytał z przerażeniem.
– Ja? Oszalałeś? Wyglądam jak morderca?
– To co zrobisz? – spytał renifer, patrząc mu przenikliwie w oczy. Mikołaj nie znosił takiego spojrzenia. Czuł się wtedy jak uczeń przyłapany na ściąganiu.
Chwilę mierzyli się wzrokiem, aż w końcu Mikołaj dał za wygraną. Wydobył paczuszkę z kieszeni, delikatnie odwinął papier i ich oczom ukazało się eleganckie drewniane pudełko. Otworzył je i pokazał reniferowi równie elegancki pistolet, czarny jak noc. Rudolf spoglądał nań jak na śpiącego wilka, który w każdej chwili może się obudzić i zaatakować.
– Czy… Czyś ty zwariował? Broń dla dziecka?! I niby co ona ma z tym zrobić, hę?
– A to już nie moja sprawa – Mikołaj wzruszył ramionami i zamknął pudełko. – Ja tylko rozdaję prezenty.
– Ale broń? Przecież to dziecko! A po za tym, jak on to znajdzie, to co wtedy?
Pudełko powędrowało do kieszeni spodni, a pełne złości spojrzenie w stronę Rudolfa. Gdy Mikołaj się odezwał, głos drżał mu z wściekłości. Starał się jednak opanować – nie chciał obudzić krzykiem połowy wioski.
– Dokładnie to sobie przemyślałem i wierz mi, dla niej to najlepszy prezent na święta.
Renifer patrzył na niego z przerażeniem. Mikołaj westchnął ciężko i ruszył w stronę domu, nawet się nie oglądając.
• • •
Wszystko było już gotowe, nastał dzień odlotu. Mikołaj zajął miejsce w saniach i się rozejrzał. Z żalem wspomniał dawne czasy, kiedy w ten dzień wszyscy zbierali się wokół pasa, niecierpliwie czekając na odlot. Życzyli mu pomyślnej podróży, wiwatowali i machali na pożegnanie. Kiedyś zawsze udało mu się dostrzec w tłumie uśmiechniętą twarz żony. Kobieta wtedy podchodziła do niego, dawała trochę pierników na drogę i termos z gorącą herbatą.
– Tylko uważaj na siebie – mówiła wtedy, patrząc nań z miłością.
– Będę uważać – odpowiadał.
Niestety, to minęło. Nie było już wiwatujących tłumów, a w oczach Pani Mikołajowej od dawna widział tylko odrazę i nienawiść. Wokół kręciło się tylko kilku elfów, tych, co zajmowali się saniami i reniferami. Te ostatnie wyczuły, co się święci, jednak leniwie grzebały racicami w śniegu, jakby chciały znaleźć coś ciekawego. Tylko Rudolf nie mógł się doczekać. W mgnieniu oka zapomniał o wszystkim, liczyła się teraz tylko chwila odlotu. Niecierpliwie przestępował z nogi na nogę i cały czas mówił, jak bardzo oczekiwał tej chwili.
Są rzeczy, które się nie zmieniają, pomyślał Mikołaj i uśmiechnął się lekko. Włączył wehikuły. Gdy tylko znajdzie się poza granicami Laponii, wstrzyma czas. Wtedy, nie niepokojony przez nikogo, obleci cały świat, zostawi prezenty i wróci.
– No, Rudolf. Startujemy – mruknął.
– Się robi, szefie! – odparł wesoło renifer. Ruszyli. Chwilę sunęli po śniegu, a potem Mikołaj poczuł szarpnięcie i wznieśli się w powietrze. Księżyc był coraz bliżej i Mikołaj przez chwilę nie mógł pozbyć się wrażenia, że zaraz się z nim zderzą. Jednak księżyc nie miał ochoty brać udziału w kraksie, więc spokojnie dolecieli poza granice Laponii. Wtedy nastawił wehikuły na wstrzymywanie czasu. Rozległo się ciche „pyk”, a potem można było zacząć pracę.
Tak jak co roku, oblecieli pół świata, dostarczając prezenty pod wskazane adresy. Wypchany worek stopniowo stawał się coraz bardziej pusty, aż w końcu nie było w nim nic. Pozostała tylko jedna paczka, wciąż tkwiąca w kieszeni. Odda ją i do domu. Koniec pracy w tym roku.
Jednak w głębi duszy czuł, że to nie jest dobre rozwiązanie.
W końcu znaleźli się pod wskazanym adresem. Wylądowali na ponurej, opustoszałej ulicy, a po obu jej stronach wyrastały kamienice tak stare i brzydkie, że nawet noc nie mogła tego zamaskować. Mikołaj krytycznym wzrokiem zmierzył tę, w której mieszkała dziewczynka. Aż dziw, że jeszcze stoi… – pomyślał.
Wyciągnął paczkę z kieszeni i chwilę obracał w dłoni.
– Naprawdę chcesz jej to dać? – spytał Rudolf. – A ja naprawdę sądzę, że to niedobry pomysł.
– Zamknij się – warknął Mikołaj. Nie chciał się przyznać, że w głębi duszy myślał tak samo. – Idziesz ze mną – dodał.
Chwilę później wspinali się na drugie piętro po wąskich, stromych schodach. Rudolf oświetlał drogę, a z mroku wyłaniały się szpetne, popisane ściany. Śmierdziało moczem i kurzem. W końcu stanęli pod odpowiednimi drzwiami. Spojrzeli na siebie, potem Mikołaj chwycił klamkę.
Drzwi otworzyły się, skrzypiąc przeraźliwie. Zobaczyli wąski przedpokój, teraz zanurzony w czerwonym blasku. Oprócz małej szafki na buty, kilku wieszaków i stojących pod ścianą butelek nie było tu nic.
– Wchodzimy – zakomenderował Mikołaj.
Rudolf nic powiedział, ale nie wyglądał na zadowolonego z wizyty.
Do mieszkania weszli tak cicho i ostrożnie, jakby bali się, że coś ich zaatakuje. Przed sobą widzieli lekko uchylone drzwi, przez które wylewało się na korytarz białe światło. Powoli ruszyli w ich stronę.
Pokój nie wyróżniał się niczym szczególnym – mały, brzydki, ponury. Na podłodze walały się śmieci, a cały stół zastawiono brudnymi naczyniami i pustymi butelkami. Ściany, zapewne kiedyś olśniewające bielą, teraz straszyły zaciekami i złuszczoną farbą. W rogu stało łóżko, naprzeciwko stary telewizor, a pod ścianą jakiś facet bił przerażoną, płaczącą kobietę.
Bił, nim stanął czas. Teraz trwał w bezruchu, z twarzą wykrzywioną w grymasie wściekłości i uniesioną pięścią. Kobieta próbowała odepchnąć rękę wczepioną w jej włosy i krzyczała. Z rozciętej wargi spływała krew, a na policzku rósł spory siniak.
Gdy znów zacznie płynąć czas, oni wrócą do życia. Kobieta będzie dalej krzyczeć, on uderzy raz jeszcze i jeszcze, i jeszcze…
Przecież jesteś taki sam, odezwał się złośliwy głos w jego głowie.
– Ludzie powinni mieć zakaz picia alkoholu – głos Rudolfa wyrwał Mikołaja z rozmyślań. – Totalnie im po nim odbija. Szczególnie po wódce… Ło w mordę! – wrzasnął nagle, aż Mikołaj podskoczył. Z mocnym postanowieniem zabicia tego głupiego jelenia odwrócił się i zamarł.
W drzwiach kuchni stała dziewczynka, patrząca na Mikołaja szeroko otwartymi oczami. I choć wiedział, że nie może go widzieć, poczuł się okropnie. A gdy zobaczył dzierżony w małej piąstce nóż, poczuł się jeszcze gorzej. Czas zatrzymał się, gdy stawiała pierwszy, niepewny krok w stronę mężczyzny. Ten, odwrócony plecami, nie widział niebezpieczeństwa.
Co trzeba zrobić, żeby dziecko zdecydowało się na coś takiego?
– Mikołaju? – usłyszał głos Rudolfa. Dopiero teraz zauważył, że w dłoni trzyma pudełko. Nawet nie wiedział, kiedy wyciągnął je z kieszeni. Stał w bezruchu, zastanawiając się, co robić. Chciał zostawić prezent i wrócić do domu, ale jak zwykle wszystko poukładało się inaczej, niż powinno.
Otworzył pudełko i wyciągnął pistolet. Odbezpieczył, wymierzył.
– To będzie najlepszy prezent na święta – mruknął.
Ale ty go chyba nie zabijesz? – przypomniał sobie słowa Rudolfa. Mikołaj morderca, do czego to doszło… Gdyby ktoś wcześniej powiedział, że będzie stał w obcym mieszkaniu z bronią w ręku i mierzył do nieznajomego człowieka, parsknąłby śmiechem. A teraz? Czy będzie mógł potem spojrzeć sobie w oczy?
Zrezygnowany opuścił broń. Przecież nie mogę tego tak zostawić… Jeśli nie ja, ona to zrobi, pomyślał, patrząc na dziewczynkę. Nie mógł na to pozwolić.
Nagle go olśniło. Schował broń i uśmiechnął się.
– Rudolfie, pomóż mi.
• • •
Koniec pracy w tym roku. Mikołaj wracał ku Laponii z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Sanie, nieobciążone ładunkiem, mknęły jak wiatr, a Rudolf bezbłędnie prowadził do domu.
Najlepszy prezent na święta został już podarowany i dziewczynka zobaczy go, gdy czas znów zacznie płynąć. Nie będzie musiała się nikogo bać, bo zły człowiek zniknął, na zawsze i nieodwołalnie. Gdy czas znów zacznie płynąć, potwór ocknie się gdzieś na biegunie północnym, sam wśród wiecznych śniegów, mając jedynie zimową kurtkę i buty. Niech teraz powalczy o przetrwanie. Może znajdzie ludzi…
O ile wcześniej nie znajdzie go jakiś niedźwiedź.
Mikołaj był zadowolony ze swojego pomysłu. Wtedy, gdy znalazł się w tym mieszkaniu, przekonał się, że jest taki sam. A gdyby nacisnął spust, okazałby się jeszcze gorszy. Niedoczekanie! – pomyślał. Wróci do domu, przeprosi żonę i nigdy już jej nie uderzy. A wódkę będzie omijać szerokim łukiem.
Po Nowym Roku.
– Ho, ho, ho! – zaśmiał się, włączając czas.

Komentarze

  1. Rozkręciłam się i... Kiedy zakończenie, wyjasnienie.

    OdpowiedzUsuń
  2. No czyta się świetnie. Aż by się chciało więcej :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ciekawa jestem co dalej, można się wciągnąć.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

No to kiedy dziecko?

Wczoraj tuż przed snem poszłam zapalić fajeczkę i poprzeglądać fejsa. I trafiłam na post Ewy Chodakowskiej (tak, obserwuje ją na fb, choć z nią nie ćwiczę. Próbowałam, ale nie pokochałam jej treningów xD). Post poruszył bardzo ciekawy temat.



No właśnie. Pytania typu: kiedy dziecko miałam na porządku dziennym jeszcze przed ślubem. I przyznam, że to są najbardziej wkurzające pytania jakie mogą się trafić. Jak odpowiadasz, że nie chcesz, to słyszysz "jak możesz""jesteś kobietą, MUSISZ mieć dzieci"(jakby posiadanie dzieci było jakimś obowiązkiem dla kobiety). Po ślubie te pytania były coraz bardziej natarczywe i chamskie. Miałam tym bardziej przesraną sytuacje, bo moi rodzice nie mieli wtedy żadnych wnuków. Starszy brat, który wziął ślub dziesięć lat wcześniej dzieci nie ma i raczej już mieć nie będzie. O powody takiej decyzji nie pytałam.
Rodzina męża pytała non stop. Kiedy dziecko, kiedy dziecko. Jesteście po ślubie. Zegar tyka. Powinniście mieć dziecko. Każda rozmow…

Coś się kończy, coś zaczyna - Wiedźmin 3 Dziki Gon

Miłośnikom fantastyki nie trzeba przedstawiać Andrzeja Sapkowskiego. Jego opowiadania i powieści o wiedźminie Geralcie z Rivii* na zawsze zapisały się w kanon polskiej fantastyki. Ja swoją przygodę z fantastyką zaczęłam od wiedźminskiej sagi. Pamiętam potem mnóstwo pisanych przeze mnie opowiadań i moich prób opisywania walk "tak jak Sapkowski" :) Bardzo dobrze, że żaden z tych tekstów się nie zachował :)



Niestety, powieści Sapkowskiego nie mają szczęścia do adaptacji. Film był klapą  (choć nadal uważam, że Żebrowski świetnie wczuł się w rolę i zagrał dobrze). Teraz za adaptacje bierze się Netflix i czekam, co z tego wyjdzie. Wcześniej jednak były gry. W pierwszą część nie grałam, Wiedźmin 2 Zabójca Królów zapewnił mi długie godziny rozrywki. A trzecią część zatytułowaną Dziki Gon pierwszy raz przeszłam wczoraj. I to... ta gra była niesamowita. Była to też moja pierwsza w życiu gra, na której wzruszyłam się do łez... Matko, dopiero gdy to przeczytałam, widzę jak głupio to brz…

Dariusz Domagalski - Vlad Dracula

O Vladzie Draculi słyszał chyba każdy. Większość kojarzy go z wampirem, co wcale mnie nie dziwi. Dzięki powieści Brama Stokera, a następnie licznym filmom, wielu ludzi kiedy słyszy to imię, ma przed oczami postać krwiopijcy z długimi kłami. Ja też, przyznaję bez bicia.

Vlad Dracula istniał naprawdę i nie był wampirem. Rządził na Wołowszczyźnie, a jego okrucieństwo na stałe zapisało się w annałach historii. I o takim Draculi pisze Dariusz Domagalski.


Janos Lechoczky, kapitan Czarnych Legionów dostaje od króla bardzo ważną misję - ma ruszyć na Wołowszczyznę i obserwować tamtejszego hospodara Vlada Dracule. Ma ocenić czy jest on godny tego, by poprowadzić krucjatę przeciwko Imperium Osmańskiemu. Wokół hospodara krąży wiele straszliwych opowieści, co bardzo intryguje Janosa. Wreszcie kapitan poznaje Draculę. Razem walczą z wojskami sułtana, a Janos widzi, że opowieści o brutalności hospodara nie są przesadzone.

Nigdy nie byłam orłem z historii i raczej nigdy już nie będę. Nigdy też nie lu…